Bomba! (Rowerem wokół Vrbova w zimie)

Oceny: / 2
KiepskiŚwietny 
Rowerem wokół Vrbova w zimie

Stopień trudności 8/10, długość trasy 13,4 km, tylko rower górski. Czas: 1,5 h

Boże Narodzenie 2016 było cudowne.
Niewyraźna pogoda bez śniegu i mało przejechanych kilometrów w ciągu roku to argumenty, które przekonały mnie, że na zimowy wypoczynek trzeba zabrać rower. Zanim dotarliśmy do Vrbova, kilka razy byłem pojeździć na Liptowie. Było wspaniale, przeżyłem dni pełne błota, roztopionego śniegu, ale był też dzień ze świeżym puchem. Nie ma się zatem czemu dziwić, że pełen oczekiwania chwyciłem za rower także w Vrbovie. Szybko okazało się, że jestem pod Tatrami.

Postanowiłem ruszyć swoją starą ulubioną trasą prowadzącą z ulicy Šípkový vrch, nad spółdzielnią, do Lasu Vrbovskiego.
Na samym początku wcale nie było takie pewne, czy w ogóle tam dotrę. Dziś mogę już powiedzieć, że dotarłem :-)
Tu jest mapa:



Ciężko było od razu po zjechaniu z asfaltu, przy spółdzielni. Miejscami było 30 cm śniegu, wokół ludzie na sankach, dziwnie na mnie patrzyli. Ale nie byłem jedynym dziwakiem. Na górze koło przekaźnika stały trzy SUV-y. Ktoś jeździł quadem po śniegu. A zatem wszystko ze mną w porządku!
Jadę pod górkę, ślizgam się, zatrzymuję, zsiadam, jeśli nie znajdę miejsca, gdzie jest mniej śniegu. Można się zorientować. Patrzę, czy z ziemi wystają źdźbła trawy. I jakiej są długości. Na polnej drodze to nie działa, koleiny są zasypane świeżym puchem i zrównane z terenem.

Normalni ludzie jeżdżą na sankach

Powoli pokonuję ciężki teren prowadzący doliną, a im wyżej się pnę, tym mniej jest śniegu. Jedzie mi się znacznie lepiej, choć muszę pokonać podejście. Co jakiś czas trafiam na zawieje, wszystko jest zamarznięte. W końcu jest minus 10 stopni :-)

Widok na Vrbov z okolicy przekaźnika

Powoli wjeżdżam do lasu. Ktoś przejeżdżał tędy samochodem, pewnie do swojego domku. Pod śniegiem zamarznięte kałuże, gładkie jak tafla lustra. Zajeżdżam w dół. Śmieję się z radości i z wygibasów, które zrobiłem zanim wreszcie zanurzyłem ręce w śniegu :-)

Drogi nie ma, zrób ją sam

Na zdjęciu powyżej widać drogę, która na krótkim odcinku przebiega przez łąkę i łączy odcinki normalnie prowadzące drogą leśną. Nie jechałem koleiną, musiałem wytyczyć własny ślad. Śnieg był na tyle wysoki, że naciskając na pedały wyrzucałem puszysty śnieg aż do twarzy.

Drogi nie ma, zrób ją sam

Na koleinach, niedaleko miejsca, w którym stoją maszyny leśne, było naprawdę ciężko. Na zdjęciu powyżej byłem już po ostatnim podjeździe, który był świetny – jeśli tylko udało mi się jechać koleiną wytyczoną przez jedno jedyne auto, które przejechało tą drogą w ciągu ostatnich dni. Każdy zjazd z trasy kosztował mnie mnóstwo energii, a czasem musiałem zsiadać z roweru :-)

Drogi nie ma, zrób ją sam

Taki widok ukazał się moim oczom po pokonaniu ostatniego podejścia.

Widok po wyjeździe z lasu

Vrbov – to, czego nie widać, w centralnej części zdjęcia. Przepiękna przyroda. Nieraz myślę, że nasi przodkowie musieli być strasznie niemądrzy, jeśli w takim miejscu uprawiali ziemię.

Widok po wyjeździe z lasu

Pstrykając ostatnie zdjęcia usłyszałem lotnię naszego proboszcza. Tak jak ja podziwiał piękno przyrody.
Po tym zdjęciu czekał mnie jeszcze zjazd drogą, która wprawdzie ma asfaltową nawierzchnię, ale chyba z 50 lat nie była naprawiana, jest krzywa, dziurawa… Tym razem była pokryta śniegiem, miejscami było nawet 40 cm. Zależy, jak wiał wiatr. Mniej więcej kilometrowy zjazd na dół - wspaniałe uczucie.
Dalej ruszyłem asfaltową drogą z miejscowości Vlková do domu, do Vrbova – ok. 6 km. Naprzeciwko przejeżdżał traktor z łańcuchami na kołach. Traktorzysta cieszył się, że zdążył odgarnąć dla mnie drogę :-)


 

Vrbov na facebooku: